Jak to możliwe, że Kościół ogłasza kogoś świętym? Wielu pyta: czy możliwe jest, aby jakaś grupa osób arbitralnie stwierdziła, że ktoś jest w niebie?
Warto pokrótce przyjrzeć się, jak to się dzieje, że Kościół ogłasza kogoś świętym. Zazwyczaj to długa procedura. Spróbujmy ją prześledzić.
Dawniej…
Akty kanonizacji mają swoje korzenie w czasach wczesnochrześcijańskich. Były spontaniczne. Początkowo wystarczyło, aby lud uznał kogoś za świętego. Powodem było najczęściej martyres, czyli męczeństwo. W ten sposób ludzie uznawali, że dany człowiek może być dla nich przykładem do naśladowania. Jednocześnie rozwijał się kult. Nie bez znaczenia były również cuda przypisywane wstawiennictwu świętych. Warto uświadomić sobie, że pierwsze Msze Św. sprawowane były najpierw w domach, a później właśnie na grobach męczenników, na których z czasem zaczęto budować kościoły. Wymownym świadectwem jest tutaj bazylika watykańska. Jej ołtarz umieszczony jest bezpośrednio nad grobem apostoła Piotra.
Już w IV wieku biskupi musieli wyrazić zgodę na czczenie danej osoby jako świętą, co miało na celu zapobieżenie nadużyciom. Aby potwierdzić świętość dokonywali tak zwanej translacji, czyli przeniesienia zwłok z miejsca pochówku do kaplicy lub kościoła. Wtedy też narodził się kult relikwii. Pierwsza w historii Kościoła kanonizacja z udziałem papieża Jana XV miała miejsce w 933 roku. Wyniesiono wówczas na ołtarze biskupa Augsburga – św. Ulryka. Z czasem coraz częściej do kanonizacji dochodziło przy udziale papieża. W 1146 roku Eugeniusz III zastrzegł sobie ten przywilej. Fakt ten potwierdził zwołany niemal sto lat później IV Sobór Laterański.
Kowalski świętym?
Umiera człowiek – na przykład Jan Kowalski. Jego otoczenie jest przekonane, że był to człowiek święty. Jednak przekonanie krewnych czy przyjaciół to za mało, aby „oficjalnie” uznać kogoś świętym. Praktyka jest taka, że człowiek ten musiał promieniować świętością na lokalną wspólnotę – parafię, a najlepiej diecezję. Wówczas zazwyczaj zawiązuje się komitet, który rozpoczyna staranie o beatyfikację. Przedstawia on swoją prośbę postulatorowi diecezjalnemu, który ma za zadanie rozpatrzyć, czy dany człowiek rzeczywiście „kwalifikuje się” do wszczęcia procesu. Zazwyczaj pod uwagę bierze się fakt, czy człowiek ten mógłby być przykładem dla wiernych. Po uzyskaniu wstępnej zgody, rozpoczyna się zbieranie materiałów. Naszemu nieboszczykowi od tej pory przysługuje tytuł „kandydata na ołtarze”. Następnie ma miejsce czas oczekiwania. Chodzi o to, aby zbadać, czy żywa jest pamięć o tym człowieku. Okazuje się, że do grobu Jana Kowalskiego przybywają wierni – nie tylko ci, którzy znali go osobiście. Powoli rozwija się prywatny kult. To dobry moment, aby otworzyć proces beatyfikacyjny. Komisja pod przewodnictwem biskupa, złożona z teologów, lekarzy i przedstawicieli duchowieństwa zawiązuje trybunał, który ma na celu zbadanie życia kandydata. Od tej pory Kowalskiemu przysługuje tytuł „sługi Bożego”. Za całość odpowiada postulator procesu beatyfikacyjnego. To on jest odpowiedzialny za badanie pism zmarłego (jeśli takie pozostawił) oraz, jeśli to możliwe, za przesłuchiwanie świadków. Najcenniejsze bez wątpienia są zeznania tych, którzy znali Kowalskiego. Wysłuchiwane są również wypowiedzi tzw. świadków ex auditur – czyli tych, którzy znali Jasia ze słyszenia. Długość trwania procesu jest różna. Zależy ona od dorobku zmarłego, jak również dynamiki rozwoju kultu. Jeśli Kowalski pozostawił po sobie liczne pisma, czas się wydłuża, ponieważ cały materiał należy dokładnie przestudiować. Nie bez znaczenia są tu względy finansowe, ponieważ na badania naukowe archiwaliów potrzeba nie tylko czasu, ale i pieniędzy. Ponosi je zazwyczaj diecezja, z której Jan Kowalski pochodził, a jeśli należał na przykład do jakiegoś zgromadzenia zakonnego, to również jego współbracia muszą partycypować w kosztach. Aby proces dobiegł końca, potrzebny jest również dekret o heroiczności cnót lub o męczeństwie. Równolegle należy zbadać cud przypisywany wstawiennictwu Kowalskiego, którym zazwyczaj jest uzdrowienie. Tutaj pole do popisu mają biegli lekarze, którzy muszą stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem nagłym, medycznie niewytłumaczalnym i zmierzającym do trwałej poprawy zdrowia uzdrowionego. Proces beatyfikacyjny kończy się zazwyczaj uroczystą sesją pod przewodnictwem biskupa i z udziałem wiernych. Postulator pisze tzw. positio, które jest szczegółowym opisem życia sługi Bożego. Następnie dokumenty zostają przesłane do Watykanu, gdzie stosowna kongregacja bada je powtórnie. Jeśli nie stwierdzi żadnych wątpliwości, przedstawia wyniki swojej pracy papieżowi. Ostatecznie to on zatwierdza dekret o beatyfikacji i wyznacza jej datę. Akt beatyfikacji jest potwierdzeniem świętości człowieka i pozwala na publiczny kult w zakresie lokalnym. Kanonizacja, która jest jakby drugim etapem - w świętości człowieka, nic nie zmienia. Jednym słowem, błogosławiony nie jest bardziej święty niż kanonizowany. Akt kanonizacji przedstawia Kowalskiego jako wzór nie tylko dla wiernych z jednego kraju, ale dla całego Kościoła powszechnego.
Papież Jan Paweł II przez lata swego pontyfikatu osobiście beatyfikował i kanonizował najwięcej świętych w historii Kościoła. Czynił to zarówno na Placu św. Piotra, jak i podczas swoich licznych pielgrzymek. Benedykt XVI oprócz tego, że sam przewodniczy uroczystościom kanonizacyjnym, korzysta z możliwości ogłoszenia tego aktu bez jego osobistego uczestnictwa. Wysyła wówczas swojego legata, który w imieniu Ojca Świętego dokonuje aktu beatyfikacji lub kanonizacji. Tak było na przykład 16 maja 2005 roku, kiedy to kardynał Józef Glemp – w imieniu papieża – dokonał aktu beatyfikacji trzech nowych błogosławionych: Władysława Findysza, Bronisława Markiewicza i Ignacego Kłopotowskiego.
Z niecierpliwością czekamy na beatyfikację Sługi Bożego Jana Pawła II. Ktoś z pewną nerwowością może twierdzić, że nie ma potrzeby, aby odwlekać w czasie beatyfikację człowieka, który dla wielu ludzi był świętym za życia, lecz jest w tym jednak pewien sens. Po pierwsze chodzi o to, aby po 100 czy 200 latach nikt nie zarzucił, że aktu tego dokonano „po łebkach”, nie bacząc na obowiązujące prawo. Po drugie, czas pomiędzy śmiercią a beatyfikacją zawsze jest czasem przygotowania ludzi. Dobrze, aby zwłaszcza w przypadku Papieża-Polaka nie był to czas zmarnowany. Może tych kilka lat to dobry czas, aby powrócić do nauk „papieża z dalekiego kraju”.
Piotr Chudziński



