| Krzyż, który dzieli |
|
|
|
|
To, co wielu nazywa „naszym polskim piekiełkiem” powróciło w sierpniowe dni. Spór o krzyż przed Pałacem Prezydenckim pokazał niedojrzałość w wierze Polaków.
Przyznać trzeba, że cała ta sprawa została od początku źle załatwiona. Najprostsze rozwiązanie to poczekać, aż powstanie projekt pomnika upamiętniającego ofiary smoleńskiej tragedii i podczas jednej uroczystości zgrabnie podmienić krzyż drewniany na pomnik. Krzyż umieścić w kościele św. Anny, a dla wszystkich tych, którzy emocjonalnie związani są z tym miejscem i bohaterami tej tragedii, pozostawić pomnik przy którym każdy, kto chciałby oddać hołd mógłby złożyć kwiaty i zapalić znicze. Tak się niestety nie stało. Co nie oznacza, że można łatwo usprawiedliwić „obrońców krzyża”. To zwykłe religijno-emocjonalno-polityczne awanturnictwo i jest jakimś koszmarnym nieporozumieniem, że w jego centrum stanął znak zbawienia i pojednania. W tym kontekście bardzo mocno brzmią słowa metropolity warszawskiego – abpa Kazimierza Nycza: „Nie wolno używać krzyża do tego, by dzielić ludzi, (...), by w jakimś sensie wyznaczać przestrzenie i tereny to jest moje, a to nie jest moje. Nie wolno wreszcie używać krzyża do tego, by w jakimś sensie swoje ludzkie, nieraz pokrętne cele, osiągać przy pomocy Chrystusowego Krzyża. Jak dodał, byłoby to „wielką instrumentalizacją tego świętego znaku, na którym Chrystus zawisł, by złożyć ofiarę za nas i za nasze grzechy”. Mogłoby się wydawać, że cały ten ruch w sprawie tak zwanej obrony krzyża jest dziełem spontanicznym. Możliwe, że w pewnej mierze tak. Ale bez wątpienia nie byłoby całej tej awantury, gdyby do sprawy nie wmieszali się politycy, zwłaszcza Jarosław Kaczyński i ludzie z jego otoczenia. Skutecznie podważali oni zaufanie do prezydenta i instytucji państwowych, sugerując, że „tym ludziom nie można wierzyć”. Zamiast wyciszać niepotrzebne emocje, eskalowali je. W podobnym tonie wypowiadały się również środowiska związane z Radiem Maryja. Nie od dziś wiadomo, że są to specjaliści od bronienia jedynie słusznej wizji katolicyzmu przed prawdziwymi i wymyślonymi wrogami. Sytuacja z krzyżem była wręcz idealna. Ani jedni, ani drudzy nie wzięli pod uwagę, że wcześniej podpisano stosowne porozumienie. Nawet fakt, że pod porozumieniem złożył podpis kanclerz kurii – działając przecież w imieniu biskupa – ani na jednych, ani na drugich nie zrobiło wrażenia. I to jest w moim przekonaniu świadectwo jakiegoś duchowego rozdwojenia. Z jednej strony ludzie stojący przed pałacem prezydenckim deklarują się jako katolicy, a jednocześnie ci sami ludzie nie uznają decyzji swojego biskupa i wygwizdują księży, którzy w procesji chcieli przenieść krzyż do kościoła. Jakby zapomnieli o prostym fakcie, że w Kościele w którym ci ludzie zostali ochrzczeni to biskup – jako następca apostołów – ma ostatnie słowo. Oprócz modlitwy, która zawsze jest nie do przecenienia, widać w tych ludziach olbrzymi ładunek agresji, chęci jakiejś walki tak na prawdę nie wiadomo przeciw komu. Używanie bowiem krzyża do walki przeciw komukolwiek jest jakimś wielkim nieporozumieniem. Krótkowzroczność Jarosława Kaczyńskiego jest tutaj porażająca. Czy naprawdę nikt nie przewidział, że takie rozegranie tej sprawy przyniesie więcej szkody niż pożytku? Okazję wykorzystała natychmiast lewica, powtarzając swoje brednie o laickości państwa. Konflikt był bez wątpienia wodą na młyn, a liderzy lewicy zyskali argumenty: „widzicie, gdyby państwo było laickie po naszemu – czyli bez tego krzyża, ale też bez krzyży w urzędach, szkołach, szpitalach i innych publicznych instytucjach, nie doszłoby do tych smutnych wydarzeń”. A wszystko – o ironio – w imię szacunku dla krzyża, któremu – jak podkreślali postkomuniści ( o przepraszam, od kampanii prezydenckiej już nie postkomuniści, ale lewica) w imię znalezienia krzyżowi godnego miejsca i uniknięcia jego instrumentalizacji. „11 kwietnia staliśmy już z żoną godzinami przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. To właśnie ja, w kolejnych wywiadach dla CNN, BBC i innych anglojęzycznych stacji, mówiłem światu o wspaniałej solidarności narodu polskiego w żałobie. BBC World Service pokazywał te moje analizy co godzinę, chyba przez dwie doby. Bardzo mnie więc rani ostatni widok z tego samego miejsca, gdzie grupka fanatyków uderza w tę solidarność forsując swoje dziwaczne poglądy i starając się wpływać na resztę Polaków” – opowiada brytyjski historyk profesor Norman Davies w Newsweeku. Plac przed pałacem stał się okazją do demonstracji różnej maści dziwaków – często młodych ludzi, którzy wyczuli okazję do zrobienia „zadymy”. Ich wymownym symbolem stał się już nie młody – Kazimierz Świtoń. Przekonywał, że on broni krzyża, bo 80% księży to sataniści. Zapomniany po proteście oświęcimskim, kiedy to 10 lat temu bronił krzyża na żwirowisku, znów miał okazję wypłynąć, zresztą jak wielu innych jemu podobnych oszołomów. Zapewne wielu z tych, którzy w te sierpniowe dni przewinęli się przez Krakowskie Przedmieście, to ludzie w sumie religijni i szlachetni. Szkoda, że nikt nie starał się im wytłumaczyć, że od czasu obrony krzyży ściąganych przez komunistów w polskich szkołach do 2010 roku jednak wiele się zmieniło. W ten właśnie sposób, szlachetna skądinąd inicjatywa upamiętnienia ofiar katastrofy stała się okazją do burd i awantur z krzyżem w tle. Czy naprawdę ci, którzy wymyślili ten cały protest nie przewidzieli tego tragicznego finału? Nikt im nie powiedział, że skoro oni mają prawo protestować, to również takie samo prawo mają ci, którzy myślą inaczej? I czy wreszcie naprawdę im to nie przeszkadza, że wszystko to dzieje się w kontekście krzyża, który z takim szacunkiem adorujemy w Wielki Piątek w każdej świątyni? Zgadzam się, że z tymi ludźmi nie powinno się dyskutować, bo z ulicą się nie dyskutuje. Aby prowadzić dialog społeczny, zawsze dyskutuje się z reprezentatywnymi delegacjami, a ci ludzie mieli już przynajmniej dwie delegacje: legalnie wybraną władze państwową i Kościół. Okazało się, że ani jedna, ani druga dla nich specjalnie reprezentatywna nie jest, a spisane – również przecież w ich imieniu porozumienie – jest niewiele warte. „Wierzymy, że nowe miejsce dla krzyża, wypracowane drodze porozumienia i dialogu, umożliwi wszystkim wspominanie w należytej powadze i skupieniu tych, którzy zginęli w smoleńskiej katastrofie.” - pisali sygnatariusze porozumienia w sprawie przeniesienia krzyża. Ich nadzieje zostały niespełnione, stąd w duchu wielkiego szacunku – również dla tych ludzi zebranych pod pałacem – zdecydowano na pozostawienie krzyża na pierwotnym miejscu. Czy ta decyzja była słuszna – czas pokaże. „Niech krzyż także i w Polsce nas nie dzieli, ale łączy, i nam wszystkim ukazuje drogę do przebaczenia i pojednania. Krzyż nikomu nie zagraża, nie odbiera wolności, jest on znakiem zranionej i bezbronnej miłości, która wszystko daje i niczego nie zabiera” - mówił kard. Stanisław Dziwisz w homilii rozpoczynającą krakowską pielgrzymkę na Jasną Górę. To chyba dobra pointa. Choć zapewne dla niektórych będą to niespełnione życzenia.
Piotr Chudziński redaktor naczelny |



