| Dzieci niechciane |
|
|
|
|
Na całym świecie dzieci odnoszą rany i ponoszą śmierć w konfliktach zbrojnych, pracują ponad swoje siły, są wykorzystywane seksualnie, krzywdzone przez rodziców, porzucane. Czy można jeszcze mówić o szczęśliwym dzieciństwie?
Zapewne jesteśmy przekonani, że problem nas nie dotyczy. Tymczasem w polskich domach dziecka żyje ponad dwadzieścia tysięcy dzieci, pozbawionych nadziei, dzieci o szarych, pustych oczach - niechcianych. To średniej wielkości miasto. Dostępu do nich bronią nie tylko zamknięte na klucz drzwi, skomplikowane przepisy adopcyjne, ale przede wszystkim niewiedza i strach. W Polsce co szósta para ma trudności z zajściem w ciążę, co dwunasta nigdy nie będzie mieć własnego potomstwa. Wiele z nich decyduje się na pomoc medyczną, która daleko ingeruje w powstawanie ludzkiego życia (zabiegi in vitro). Wciąż zbyt mało jest śmiałków, którzy decydują się na adopcję.
Domy dziecka na pewno dla nikogo nigdy nie będą prawdziwym domem. Dla społeczeństwa, które nie potrafi rozwiązać problemu porzucanych dzieci są wygodnym rozwiązaniem. Dla par oczekujących miesiącami na adopcję są chorymi instytucjami. Dla tych, którzy muszą w nich przebywać są więzieniem, godnym pogardy „bidulem”, które wycisnęło na nich trwałe piętno świadomości bycia niechcianym. Dla nas wszystkich powinny być powodem wstydu. 92% dzieci trafiających do rodzinnych domów dziecka ma opóźnienia rozwojowe, 73% - opóźnienia edukacyjne, 63% - zaniżoną samoocenę. Brakuje pieniędzy na dodatkowe zajęcia. Według wyliczeń fundacji „Robinsona Cruzoe” tylko 1% wychowanków domu dziecka rozpoczyna studia. Jeśli dzieci są przyszłością narodu, lepiej nie pytać, jaka ona będzie. Jaka przyszłość czeka dzieci niekochane i odrzucone, mające kompleksy na punkcie własnej wartości? Zazwyczaj są one bardzo zdolne i odpowiedzialne, w końcu same muszą się troszczyć o swój byt (wychowawcy mają pod opieką średnio 30-80 maluchów). Wyrastają na mądrych i wrażliwych, lecz wewnętrznie poranionych ludzi, niosących w sercu głębokie pragnienie miłości, założenia rodziny, stworzenia własnego domu. Czasem jednak zdarzają się dzieci chore, ułomne, młodociani przestępcy. Proces usamodzielniania jest u nich bardzo utrudniony lub wręcz niemożliwy. Czy odnajdą kiedyś swoje miejsce w społeczeństwie, które zepchnęło je na margines? Spośród 23 tys. wychowanków polskich domów dziecka, jedynie 9% mieszka w rodzinnych domach dziecka, gdzie mają prawdziwą mamę, tatę i rodzeństwo, gdzie mogą znaleźć namiastkę rodzinnego domu. Ci, którzy nie mieli tego szczęścia, żyją w publicznych placówkach opiekuńczo-wychowawczych, w których nie brak jest zjawisk takich jak demoralizacja, agresja, znęcanie się starszych nad młodszymi, alkoholizm, narkomania, palenie papierosów, przedwczesna inicjacja seksualna czy prostytucja. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich placówek tego typu, ale w wielu z nich źle się dzieje. Ich wychowankowie mają ciągłe poczucie tymczasowości swojego losu, cierpią na brak poczucia bezpieczeństwa, stabilności, przynależności społecznej. Czują słuszny i głęboki żal do całego świata za swój los, za to, że bliscy ich porzucili, bądź zabrano ich od rodziców niezdolnych do zapewnienia im bytu. W domu dziecka nie mają swojej własności. Od dnia przybycia do placówki już nic do nich nie należy, wszystko jest wspólne. Szafka z napisem bluzki, spodnie, majtki... Kto pierwszy i silniejszy, ten lepiej ubrany... Kto nie potrafi walczyć o swoje, chodzi w przykrótkich spodniach i poplamionej bluzie, stając się pośmiewiskiem rówieśników. Bardzo często dzieci te są dyskryminowane w szkole, bo dziwnie mówią, głupio się ubierają, płaczą bez powodu, a kiedy są już starsze często reagują agresją, więc lepiej się z nimi nie zadawać... Na każdym kroku są wytykane palcami, wyśmiewane. W razie jakiejkolwiek awantury czy kradzieży to właśnie one są jednymi z pierwszych podejrzanych. Czują się i są traktowane jakby byli innymi, gorszymi ludźmi. Wydano na nich wyrok skazujący na zapomnienie. Płacą karę za błędy rodziców, którzy zostawili ich na łasce obcych ludzi. Wiele jest powodów, dla których wciąż zbyt mało jest adopcji. Brak stabilności finansowej, uciążliwe przepisy, biurokracja, pragnienie posiadania własnego dziecka (nawet za cenę kosztownych zabiegów in vitro). Ale największym problemem są zamknięte ludzkie serca. Zamknięte na to, aby przyjąć miłość i obdarzyć nią obce dziecko. Strach, że będzie ono „gorsze”, „wybrakowane”, może schorowane lub mające patologiczne skłonności paraliżuje i zniechęca wiele par. Tak naprawdę sami nie jesteśmy dość odpowiedzialni, dojrzali, by stać się rodzicami nie z więzi krwi, ale z wyboru i potrzeby serca, bo to znacznie trudniejsze. Sieroctwo jest oznaką kryzysu ojcostwa i macierzyństwa. Wydajemy ogromne pieniądze na antykoncepcję, jeszcze większe, aby potem leczyć jej skutki – bezpłodność, a dramat tych, którzy nigdy nie wypowiedzą słowa „mama” czy „tata” trwa nadal. Nie da się w sposób optymistyczny zakończyć tego artykułu. Ile dzieci będzie dzisiaj zasypiać z płaczem do poduszki, ile z tęsknotą będzie wyglądać przez okno? Ile noworodków trafi jeszcze do tzw. „okien życia”, zostanie podrzuconych pod drzwi parafii i sierocińców, ile zostanie znalezionych na śmietniku? Jeżeli przyszłość Polski leży w rękach tych dzieci, to miejmy nadzieję że nie będą dla swoich synów i córek tak okrutni, jak my dla nich.
|



